Content

POLECAM:

POLECAM:
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>> www.motherlove.pl <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<
wtorek, 8 października 2013

Poród, jak to jest?

To była niedziela, 11.08.2013r.
 
Ta niedziela to był wyjątkowy dzień - po pierwsze: miałam mieć wywoływany poród, a po drugie: to dzień urodzin Teścia, który już od kilku miesięcy twierdził, że Antosia przyjdzie na świat właśnie w dniu Jego urodzin.
 
O 4:42 obudził mnie silny ból brzucha...
Zlękniona i jednocześnie podekscytowana. A w głowie myśl "...czyżby się zaczęło???"
 
Sięgnęłam po komórkę i uruchomiłam stoper. Poziom emocji wzrósł jeszcze bardziej, gdy okazało się, że skurcze są bardzo regularne i trwają po 60 sekund każdy.
Ok. 6:00 - jak co dzień - miała przyjść położna zmierzyć puls dziecka (przez brzuch oczywiście).
Czekałam na nią z utęsknieniem co by podzielić się nowiną.
Skurcze nie ustawały. Oczywiście nie było mowy o zaśnięciu.
Dokonałam w międzyczasie porannej toaletki i tak z komórką w ręce wyczekiwałam nadejścia położnej.
Na jej widok bardzo się ucieszyłam i od razu pochwaliłam się, że chyba się zaczęło bez 'wspomagania' :):):)
Zarażona moją ekscytacją, zorganizowała zaraz ginekolożkę, która mnie zbadała - potwierdziła, że akcja porodowa postępuje :):):) Niezwykle się ucieszyłam! :)
Chwilę potem rozpoczęły się działania przygotowujące mnie do porodu. Okąpałam się i przebrałam w słynną już sexy pidżamkę ;) Spakowałam swoje manatki i z wodą i cukierkami pod pachą około godz. 8:00 podreptałam na salę porodową (z małym 60-sekundowym przystankiem na przeczekanie skurczu - nie dało się chodzić w trakcie ich trwania :)).
 
W szpitalu w którym rodziłam są 2 sale do porodów rodzinnych i jedna sala ogólna z bodajże pięcioma łóżkami obok siebie, oczywiście odpowiednio od siebie odgrodzonymi.
Przez ostatnie dni na porodówce był taki młyn, że hej - normalnie jak w fabryce, po kilka porodów jednocześnie. Modliłam się, aby czekała na mnie sala rodzinna.
Tak też się stało. Okazało się, że ani jedna kobieta nie rodzi - cała porodówka dla nas!!! :):):)
Ulokowałam się w całkiem przyjemnym 'pokoju do rodzenia', położna podłączyła mnie do KTG, a w międzyczasie dałam znać Mężowi, żeby przyjeżdżał.
Faktycznie rozwarcie postępowało z godziny na godzinę, a skurcze rosły w siłę.
Położna, która prowadziła mój poród stwierdziła, że w sumie co tu będę leżeć i czekać - zasugerowała (jakoże zdeklarowałam, że zależy mi na porodzie aktywnym) wybrać się pod prysznic.

 
Pod prysznic? Przecież dziś już się kąpałam? :-P
Tak - prysznic, to jedna z metod łagodzenia bólu w 1. fazie porodu, czyli tej, która trwa do momentu uzyskania pełnego rozwarcia.

Długo się nie zastanawiając, wzięłam ręcznik pod pachę i pognałam do 'porodówkowej' łazienki.
I tak siedząc pod prysznicem na dużej, gumowej piłce położniczej w kształcie fasoli, polewałam brzuch i plecy ciepłą wodą.
Po chwili dołączył i Mąż.
Hehe, nie nie, to nie tak jak myślisz - On sobie brzucha nie polewał :):):)
Siedział na krzesełku obok kabiny i dodawał mi otuchy trzymając mnie za rękę :)
Tak minął czas praktycznie do godz. 12:00, z małymi przerwami na badania postępu porodu.
A my w tej łazience śmialiśmy się, że jak poród ma tak wyglądać, to ja mogę rodzić częściej :)
Jak to na poród aktywny przystało - zaczęłam tańczyć na piłce i śpiewać do słuchawki prysznica niczym do mikrofonu :)



Skurcze podczas badania KTG nie mieściły się już na skali - takie były intensywne, a ja nie wydawałam z siebie żadnych odgłosów wskazujących, że coś mnie boli. Położna aż się dziwiła czy ja aby na pewno rodzę, była zdumiona moją ilością pozytywnej energii i nieustannym uśmiechem. Cóż - wiedziałam, że nie wyjdę dziś z porodówki bez naszego upragninego Skarbka - jak zatem się nie cieszyć!
Cichutko z zapartym tchem znosiłam skurcz za skurczem.
 
 
W końcu od tej ciepłej wody zrobiło mi się tak błogo, że zaczęłam pod tym prysznicem normalnie przysypiać. A zdecydowanie nie było to teraz wskazane.
W związku z tym ewakuowaliśmy się z Mężem na salę porodową.
Tam zaś dobijała mnie ogólna cisza..
Ale zauważyłam, że na parapecie stał jakiś boombox. Poprosiłam Męża o odpalenie jakiejś muzy - koniecznie energicznej, żadnych smętów bym wówczas nie zniosła :)
 
Zaczęłam coraz mocniej odczuwać skurcze, ale nadal był to ból do wytrzymania bez 'dźwięku' ;)
Dreptając po sali zaczełam czytać plakaty na ścianach. Na jednym z nich były opisane etapy porodu. Więc z ciekawością się zaglębiłam.
Wyczytałam m.in., że jest coś takiego jak kryzys siódmego centymetra - polega to na tym, że rodzącą u której rozwarcie osiąga 7cm, dopada kryzys - jest zmęczona, głodna (bo jest się na czczo), zniecierpliwiona, ma poczucie, że nie da rady, a akcja porodowa przestaje postępować. Jak tylko usłyszałam od położnej, że u mnie rozwarcie jest już na 7cm - niestety od razu zaczął się kryzys, niczym z plakatu!
Znudzona tym, że tak długo to trwa, głodna, ospała, bo niedość że późno poszłam spać, to od 4:40 nie zmrużyłam oka, a jeszcze ten ciepły błogi prysznic.. Ech.. po co mi było czytać te plakaty?
Poczułam, że mam już dość, że to chyba nigdy się nie skończy...
W dodatku nie byłam w stanie się rozluźnić, co było wręcz konieczne.
Bardzo ciekawe zjawisko gdy główka dziecka zchodzi do kanału rodnego, odczucie znane nam dobrze z innych potrzeb fizjologicznych. Ja w obawie, że to co odczuwam to nie dziecko, a właśnie potrzeba fizjologiczna, robiłam wszystko, aby to 'coś' ze mnie nie wyszło. Okazało się to sporym błędem, sama przyczyniłam się do zahamowania akcji porodowej...
Podjęto decyzję o podaniu mi oksytocyny, aby przywrócić postęp akcji.
Ból się nasilił. Ja szukałam odpowiedniej dla siebie pozycji, która pozwoliłaby mi się rozluźnić.
Absolutnie nie mogłam leżeć, ani siedzieć, kompletnie mi te pozycje nie sprzyjały.
Dodam, że cały czas trzymałam za rękę Męża, a podczas KAŻDEGO skurczu, ściskałam ją, dając tym samym ujście emocjom.
W końcu klęknęłam na materacu, który leżał na podłodze jako gażdżet wspomagający aktywny poród, rękoma oparłam się o łóżko porodowe i nagle poczułam, że to to! Tak! Mogę się rozluźnić.
Zaraz po tym poczułam coś dziwnego. Kompletnie nowe doznanie. Jakaś dziwna wewnętrzna siła pomagała mi w opróżnieniu zawartości brzucha - niezwykłe uczucie! Zdecydowanie ciekawsze niż to poprzedzające ów moment :)
W międzyczasie próbowałam zrzucić ze stóp różowe japonki (funkiel nówki ;)), które stały się nagle niewygodne. Mój Mąż myśląc, że klapek mi spada, zaczął mi go poprawiać, wciskać na nogę - przez co nieomalże dostałby nim ode mnie kopniaka.. Kochanie, przepraszam!
I tak o 16:00 usłyszałam nagle jakiś huk, jakby ktoś strzelił ręką w nadmuchaną papierową torbę. Okazało się, że to pękł pęcherz płodowy, odeszły mi wody! Hurra! Wreszcie!
Niesamowite ile płynu miałam w brzuchu! Już teraz wiem, czemu był taki wielki :)
Zaraz przybiegła sprzątaczka z mopem, więc musieli ewakuować mnie z tej kałuży, w której klęczałam :)
Okazało się, że to był sygnał, że poród zaczął się na całego!
Położna zapytała czy w tej pozycji chcę rodzić. Nie zastanawiając się długo powiedziałam, że tak, że nie wyobrażałam sobie inaczej. Położna zapytała raz jeszcze, co by mieć 100%-ową pewność, że to moja świadoma decyzja, a nie jakieś majaki. Gdy była już pewna, że w tejże pozycji będziemy rodzić, zaczęła się zastanawiać jak to 'logistycznie' ogarnąć - skoro ja klęczę na podłodze. Słyszałam zza pleców jak w ułamkach sekund głośno zastanawia się co zrobić, aby nikt nie posądził jej o niehumanitarne przyjęcie na świat nowego życia, czyli właśnie na podłodze..
Nagle wpadła na pomysł, żebym przyjęła tę pozycję, ale na łóżku porodowym.
Tak też się stało. Wdrapałam się na łóżko z pomocą Męża, no i zaczęło się na całego!
Poczułam niezwyłą moc, niczym Power Rangers! Przestałam już znosić skurcze w milczeniu - dźwięki same się ze mnie wydobywały.

W pewnym momencie słyszę, że na salę wszedł lekarz i pyta położną - zdziwiony, a wręcz zlękniony- co tu się dzieje.
Położna spytała go tylko czy był już przy porodzie w takiej pozycji. Odpowiedział, że nie i dodał, że przecież w takiej pozycji nie da się szyć! Na co usłyszał od oburzonej położnej: "Panie doktorze, ale nie trzeba będzie szyć!".
Słyszę, że za moimi plecami jest coraz więcej ludzi - inne położne, które miały w tym czasie dyżur przyszły popatrzeć (pomóc?), pani sprzątająca jak te wody płodowe ogarniała, tak już też została :) dołączył i lekarz.
Ja tu się pocę, prę, krzyczę, a oni wszysycy sobie coś tam gadają, żartują. Jak mi emocje skoczyły, jak zarzuciłam kucykiem z tego klęku podpartego (tym razem niczym Xena, wojownicza księżniczka), wydałam z siebie okrzyk: "Kur**!!!"
Dopiero ich tym rozbawiłam! :)
No nic. Jestem dzielna. Mąż również. Wiedział już, że wspieranie mnie poprzez dotyk, głaskanie itp. grozi trwałym kalectwem, także opracował sprawny system dopajania mnie, więc szło nam na tym etapie bardzo sprawnie :)
Nagle poczułam, że główka naszej Małej Księżniczki zaczyna wydostawać się ze mnie, co dodawało mi jeszcze większej mocy! Natomiast - podążając za wskazówkami położnej, czasem musiałam 'przyhamować' i kilka razy czułam jak główka już prawie wychodzi, ale za chwilę się chowa. Wiedziałam jedno - już bliżej niż dalej! Jeszcze chwila i zobaczę naszego upragnionego Bobasa!!!

Jeeeeeest! Antosia ujrzała światło dzienne!!!!
Słyszę za moimi plecami gwar, jakieś poruszenie, ekscytację zgromadzonych, niesamowite!
Co za cud!
Nagle wręczono mi Antosię na ręce - klęcząc na łóżku trzymałam Ją, taką ciepłą, mokrą, ze sporą ilością czarnych kręconych włosów (ale nie była czarnoskóra :-P), różowiutka, w sumie lekko sinawa, a i te długie paznokietki, ojej! Przecudowne uczucie! Pamiętam jak za mgłą jak Łukasz odcinał pępowinę.

Chwilę potem słyszę za plecami: "16:20. 54cm. 3,750kg".
Na co ja: "16:20??? Jej, 'Na dobre i na złe'!!!!!!"
Niewiarygodne, nasze Dziecię przyszło na świat o godzinie transmisji mojego ulubionego serialu! :):):)

Antosia - tak, na dobre i na złe!
Zaczęła się moja misja miłości. Będę matką do chwili, w której wydam ostatnie tchnienie!

 Jak się okazało, faktycznie udało się urodzić bez nacinania, za co niezwykle wdzięczna jestem położnej prowadzącej mój poród. Była bardzo profesjonalna w tym jak kierowała akcją porodową.
W ogóle jak już było po wszystkim, Mąż powiedział mi, że Tosia w pierwszym momencie chciała wyjść na świat w pozycji 'na supermena' - z rączką wyciągniętą do przodu tuż obok główki, co mogło skonczyć się niefortunnie. A właśnie dzięki Pani Ani, która wydawała mi odpowiednie polecenia, cofnęła tym samym Niunię, dzięki czemu w finale ułożyła się prawidłowo. Jestem niezwykle wdzięczna tej kobiecie i każdemu ją polecam!
Uświadomiłam sobie tym samym, że niezwykle istotne jest mieć w czasie porodu profesjonalną doświadczoną położną. Tym samym dziękuję Bogu, że zdecydowaliśmy się na poród w tym szpitalu, czego kompletnie wcześniej nie braliśmy pod uwagę, gdyż mój lekarz prowadzący ciążę stacjonuje w innym szpitalu. Lekarz praktycznie nie odgrywa większej roli na sali porodowej. W sumie to praktycznie przez 95% czasu go nie ma.
 
Po porodzie wstałam i o własnych siłach poszłam się wykąpać, zjadłam też obiad, a zaraz potem...

 

11 komentarze:

Anna says:
at: 22 października 2013 13:30 pisze...

:)))

Karolina Wiatrowska says:
at: 30 października 2013 20:30 pisze...

Czy można prosić o namiary na tę cudowną Położną? :)

kasi0rka says:
at: 30 października 2013 21:32 pisze...

Ta cudowna Położna nazywa się Anna Wrzesińska i przyjmuje na świat nowe życia w szpitalu na Chałubińskiego :)
Niestety nie mam do Niej ani emaila ani nr telefonu, ale trzymam kciuki, aby udało Ci się zdobyć namiary :) ..no i rodzić w Jej towarzystwie! :)

Anonimowy
at: 31 października 2013 14:59 pisze...

Świetna relacja. Nie zabrakło przy czytaniu: łez i śmiechu :-) Pozdrawiam, Lidzia z Częstochowy

kasi0rka says:
at: 1 listopada 2013 00:19 pisze...

Lidziu, cieszę się, bardzo dziękuję :)
Pozdrowionka

Magda Wasilewska says:
at: 11 grudnia 2013 18:31 pisze...

Najlepszy opis porodu, jaki przeczytałam na blogu. Gratuluję córki, męża, położnej ;) i podziwiam za spokój i opanowanie. I że jeszcze tego dnia rano notkę dodałaś. :D

kasi0rka says:
at: 12 grudnia 2013 00:12 pisze...

Wielkie dzięki Magda :)

Anonimowy
at: 14 marca 2015 20:30 pisze...

Dziś byłam obecna przy porodzie, który odbierała pani Anna Wrzesińska. To nie jest położna, to ANIOŁ!!!!!!! A to jej numer telefonu, który obiecywała, że jest dożywotni - 501624078

Katarzyna Bandas says:
at: 15 marca 2015 15:25 pisze...

W pełni się pod tym podpisuję - to ANIOŁ!!! Dzięki za numer :)

Unknown says:
at: 5 stycznia 2017 21:10 pisze...

Mój poród odbierała pani Anna Wrzesińska... chyba miała zły dzień. Na początku miła, potem kompletnie ignorowała, moje sygnały. Godzinę przetrzymywała mnie z bólami partymi, co chwile zostawiała samą już w ostatniej fazie. W rezultacie poród trwał 40min i synek urodził się w zamartwicy. Był bardzo niedotleniony. Dlatego, że pani położna nie chciała mnie naciąć, dopiero jej koleżanka powiedziała jej, że jest to konieczne i tak urodziłam

Kasia | Misja miłości says:
at: 11 stycznia 2017 23:27 pisze...

Przykro mi, smutna historia :( Dlatego tak ważne jest, by przygotować się jak najlepiej do porodu, zrobić co w naszej mocy, by przejść przez niego świadomie, przygotować zarówno nasze ciało, jak i nasz umysł, zgłębić wiedzę "techniczną" o porodzie i kwestiach z nim związanych, bo na całą resztę nie mamy niestety żadnego wpływu...

Prześlij komentarz

Ostatnie komentarze

Szukaj na tym blogu

Obserwatorzy

Wyświetlenia

Follow me on Bloglovin'

Follow on Bloglovin

Tu jesteśmy



zBLOGowani.pl